RYSY. Szczyty i granice prawa autorskiego

Internauci znają się na wszystkim. Wystarczy im rzucić temat i jadą! Tym razem, jako pasjonaci prawa autorskiego, wybierają się wysoko. Na RYSY.

We wrześniu 2015 roku, zespół opublikował na YouTube teledysk do kawałka The Fib. Ludziom się spodobało. Pisali w komentarzach, że nuta kozak, niektórzy wzywali w zachwycie jezusa przenajsłodszego, prosząc o więcej. Jedna z osób nazwała to najlepszym klipem, jaki widziała w tym roku. A przypominam, że to już wrzesień był! Opinię zahipnotyzowanych fanów, podzieliło środowisko twórców. Autor zdjęć do teledysku właśnie ogłosił, że The Fib zdobył nagrodę w kategorii Best Experimental na Artcroft Film and Video Festival.

Prorocze okazały się komentarze pod hasłem „aż trudno uwierzyć, że to polskie”. Światowy poziom realizacji dostrzegli Amerykanie. A że Polska to dla niektórych z nich taki Trzeci Świat, stwierdzili, że pogwałcenie praw autorskich ujdzie im na sucho. Niczym wywóz diamentów z Sierra Leone. W lutym 2016 roku, na kanale DIEMONDOTCOM pojawił się teledysk do Losin Control. Piosenkę wymachuje rękami raper Russ.

Panowanie nad sobą stracił także zespół RYSY. O ile sama muzyka nie budzi skojarzeń z The Fib, inne wrażenie można odnieść skupiając się na samym obrazku.

Zespół RYSY uznał, że doszło do plagiatu. Polscy internauci byli w tym względzie, wyjątkowo, niemalże jednomyślni. Zadziałał zapewne efekt solidarności z rodakami w starciu z mocarnym oprawcą. Losin Control ma prawie 5 mln odsłon a The Fib trochę więcej, niż pół miliona. Wśród wpisów hejtujących rapera zza wody, zaczął się szerzyć pełen niepokoju ferment: „a co jeśli to inspiracja”? No właśnie. Co wtedy?

Plagiat, opracowanie, inspiracja

Takie pojęcie jak plagiat w ustawie o prawie autorskim nie istnieje. Termin inspiracja owszem, ale jest bez definicji. Jeśli zatem laik nawet przeczyta przepisy, to i tak nie będzie w stanie ich zastosować. Nie powiedzą mu wprost co wolno, a czego nie. Prawnicy, oceniając legalność korzystania z cudzej twórczości używają trzech pojęć: plagiat, opracowanie i inspiracja.  Ja dodam potem jeszcze jeden termin: utwór z zapożyczeniami.

Upraszczając, prawo autorskie nie chroni wszystkiego, co człowiek wymyśli. Dba jedynie o twórczy sposób pokazania na zewnątrz tego, co się wymyśliło. Dzięki temu można zrobić kilka filmów o Jobsie. Jeden będzie jak ten z Ashtonem Kutcherem, drugi będzie dobry. Niby pomysł ten sam, ale jego wyrażenie jakże odmienne! Za plagiat uznaje się bezpośrednie przejęcie chronionych elementów utworu. Nie jakichkolwiek, ale tych twórczych. Inną czynnością, której też nie można robić bez zgody twórcy, jest samodzielne przerabianie tego typu elementów w celu udostępnienia efektu pracy publiczności. Niby ciężar gatunkowy jest odmienny a bezczelność mniejsza. W przypadku opracowania, zrobiono coś więcej, niż tylko przywłaszczenie cudzej twórczość. Kwalifikacja prawna jest jednak podobna: nie wolno! Nie ma się co dziwić. Plagiat to jak kradzież kiecki. Opracowanie bez zgody twórcy to odprucie z kreacji rękawa, doszycie koronki i zgłoszenie tego do Project Runway. Tego prawo zabrania. Pozwala jednak się inspirować. Bez pytania i do woli. Jest tak dlatego, że inspiracja to zazwyczaj skorzystanie z cudzego pomysłu. Nie ze sposobu, jak ktoś ów koncept zrealizował.

W przypadku filmów, wykrycie granicy pomiędzy plagiatem, opracowaniem a inspiracją jest bardzo trudne. W przypadku teledysków, jeszcze trudniejsze. Wpływa na to złożoność tego typu utworów. Typowe kryteria oceny, stosowane przez lata w odniesieniu do plagiatów w literaturze, nie zawsze są dobrym narzędziem w przypadku filmów. Kolejna sprawa to wtórność niektórych rozwiązań, wynikająca z ograniczeń technicznych i finansowych produkcji.

Spike Jonze i jego tancerze

Żeby wykształcić intuicję w postrzeganiu powyższych granic, odwołam się do dwóch innych klipów. W ich przypadku sytuacja jest czysta i nie można dopatrzeć się naruszeń. Co ciekawe, oba obrazki reżyserował Spike Jonze.

Zacznę od tego, który cieszy się ostatnio dużą popularnością, chociaż na razie przegrywa na odsłony z tą drugą produkcją. Film służy jako reklama, jednak zdecydowanie jest czymś więcej. Szmaragdową panienkę, Margaret Qualley, rozpoznają nie tylko miłośnicy tańca, ale także widzowie filmu „Nice Guys”.

Porównajmy teraz reklamę KENZO z teledyskiem Fatboy Slim do Weapon of Choice. Niewielu wie, że Chrisopher Walken zaczynał karierę od występów w musicalach.

Wyliczę podobieństwa, dotyczące zarówno scenariusza, jak i samej realizacji:

  1. Obie postaci są niesione przez taniec. Christopher Walken chyba po prostu z nudów, dziewczyna zdaje się mieć natomiast głębszy problem. To nie oni wybierają taniec. To on wybiera ich! Obie postaci w końcu się mu poddają. Walken walczy krótko z mimowolnymi ruchami głowy, tancerka podąża ciałem za pląsającymi oczami i językiem.
  2. Obie postaci przemierzają tanecznym krokiem puste i rozległe korytarze.
  3. W obu klipach pojawiają się sceny przed lustrem i na schodach.
  4. Obie postaci mają magiczne moce. Margaret rzuca piorunami, Walken zachowawczo przywołuje gestem windę.
  5. W pewnym momencie obie postaci rzucają się przed siebie, niczym rockman na koncercie. W klipie KENZO, tancerka rzuca się ze sceny a w następnym ujęciu wybiega z budynku. W teledysku, Walken wyskakuje zza barierki na piętrze, daje nura i zaczyna lewitować nad lobby.

Żadne z wymienionych podobieństw nie może być potraktowane jako przejaw plagiatu. To, co zostało wykorzystane powtórnie w scenariuszu reklamy, to pomysł. I to nawet nie na sam scenariusz, ale na wykorzystanie tańca, jako środek wyrazu aktorskiego. Nie jest to zresztą nic nowego i na pewno nie po raz pierwszy pojawiło się akurat w Weapon of Choice.

Jeśli porównamy same scenariusze, są one odmienne. Ów taniec wykorzystano do pokazania innych historii. Reklama KEZNO to przy teledysku Fatboy Slim prawdziwy melodramat, połączony z kinem akcji! Musimy sobie dopowiedzieć, co przeżywa dziewczyna, opuszczająca elegancką galę. Nie czuje się tam za dobrze. Uroniona zaraz po wyjściu za drzwi łza, raczej nie zrodziła się z radości lub wzruszenia. Potem mamy napad szału i dzikiej wolności, scenę obezwładnienia napotkanego na drodze mężczyzny a także małą demolkę zabytkowych wnętrz. Do tego dochodzi kontrastowe umiejscowienie tańca, oraz tancerki, która jak się okazuje, bywa delikatna, na prawdziwej scenie. Dziewczyna na samym końcu wyrywa się, już nie tylko w przenośni, z miejsca i od wydarzeń, które skumulowały w niej skrajne emocje.

A o co chodzi w teledysku? O lekki obrazek, abstrakcyjną ilustrację tekstu. Biznesmen siedzi w lobby, coś sobie, lekko przysypiając, myśli. Spogląda od niechcenia na wózek, którym obsługa hotelowa rozwozi świeże ręczniki i pościel. Stoi na nim radyjko, z którego dochodzi fajna muzyczka. Bohater czuje ją całym ciałem, poczynając od głowy, i rusza tanecznym krokiem w hotel. Nie spotyka innych postaci, przemierza niezakłócenie korytarze. Potem zmienia perspektywę i ogląda wszystko z pozycji, no może nie ptaka, ale muchy siedzącej na suficie. Kończy swą podróż w miejscu, z którego wyruszył. Wraca do fotela.

Ktoś może się zapytać czy to przypadek, że w obu scenariuszach pojawiają się sceny, w których bohater/ka tańczy na schodach lub przed lustrem. Nie, nie przypadek, ale też nie naruszenie prawa autorskiego. Tego typu obrazek nie jest wybierany z pobudek kreatywnych. To po prostu dobrze wygląda. Kiedy tancerz robi swoje, aż się prosi, żeby robił to przed lustrem lub na schodach. Najlepiej naraz, tak jak ma to miejsce w przypadku reklamy KEZNO.

Sceny rozpoczynające klipy opierają się na tym samym pomyśle. Muzyka odbiera kontrolę nad ciałem. Prawo autorskie nie chroni jednak idei tylko to, jak są one pokazane. Chociażby po to, żeby widz mógł oglądnąć tak różnie sfilmowane historie o tańczącym człowieku.

The Fib vs Losin Control

A jak sprawy się mają w przypadku The Fib i Losin Conrol? Inaczej! Ten drugi teledysk można zakwalifikować jako tzw. utwór z zapożyczeniami, na które nikt nie wyraził zgody. Zdaniem niektórych Internautów, takie platformy jak YouTube powodują, że inaczej trzeba patrzeć na granice inspiracji. Przesuwać je poza obszar z tabliczką „Zakaz wstępu!”. To, że coraz więcej osób może robić filmy i wrzucać je do Internetu nie oznacza, że trzeba zapomnieć o podstawowych zasadach prawa autorskiego. Na analizowanym przykładzie widać, że to jest po prostu niesprawiedliwe. Oryginał widziała garstka, jeśli porównać to do ilości wyświetleń bazarowej podróby. Fani ruszyli z odsieczą, informując w komentarzach pod klipem Russa, że jest on plagiatem polskiego teledysku. Kibice z drużyny przeciwnej nie pozostali dłużni. Pouczają, że pokazanie płaczącej dziewczyny w aucie nie jest chronione prawem autorskim. Polacy na to, że chodzi przecież o cały koncept a on już chroniony jest. Ani jedni, ani drudzy nie mają racji. Po pierwsze, z teledysku RYSY przejęto nie tylko płaczącą dziewczynę w aucie. Po drugie, jak już zostało to wielokrotnie podkreślone, koncept nie jest chroniony prawem autorskim. Dobra wiadomość dla naszych jest taka. że z The Fib wzięto coś innego, niż koncept.

Opisanie na czym polega naruszenie prawa autorskiego w przypadku filmów, tych dużych, i tych małych, nie jest łatwe. Dla oka i dla prawa, film to jedna całość. Podlega ona jednak z łatwością podziałowi na części, gdy przechodzimy z pozycji widza, na pozycję naruszyciela. To, co internauci nazywają „konceptem”, nazwijmy po prostu scenariuszem. W ramach inspiracji, można z niego przejąć wątek kłótni pomiędzy kochankami, która ma tragiczny koniec. Można by też pokazać, że dziewczyna siedzi w aucie. Świetne miejsce do zalewania się łzami i na pewno pierwsze, gdzie człowiek się udaje po odbytym spotkaniu. Także i tym ostatnim. Na tym jednak producenci klipu Losin Control nie poprzestali. Opowiadając niby jedną z wielu historii o niezbyt sexy zakończeniu związku, opowiedzieli tę stworzoną przez twórców scenariusza do The Fib. Amerykańscy sędziowie, analizując czy doszło tylko do wykorzystania pomysłu, czy już do przywłaszczenia scenariusza, posługują się doktryną scène à faire. Zauważono, że w pewnych gatunkach filmowych, pewne wątki i to w określonej kolejności muszą się pojawić. Jest grupa scen do zrobienia i tyle. W horrorze pojawia się opuszczony dom, do którego wprowadzają się nowi lokatorzy albo, dla odmiany, nowy sąsiad zaczyna często pojawiać się w mieszkaniu bohaterów. Wiele komedii romantycznych jest oparta na schemacie ona go kocha, on ma inną, ale jest z nią tylko dlatego, że myśli, że ta druga go nie pokocha, bo widuje ją z jakimś chłopakiem a na końcu okazuje się, że ten inny, to jej brat. W wersji brazylijskiej, bliskim krewnym okaże się obiekt westchnień bohaterki. U Almodóvara okaże się, że to nie problem. I tak dalej.

Powyższa metoda jest przydatna, jednak uważam, że teledyski należy trochę inaczej analizować, niż dzieła pełnometrażowe. W tych ostatnich da się oddzielić scenariusz od kompozycji kadru i użytych środków. Da się zamknąć w samych słowach historię, opowiadaną obrazem nawet i trzy godziny. W przypadku klipów ma się do dyspozycji trzy minuty, żeby wciągnąć słuchacza w inny świat. Liczy się wszystko na raz. Kompozycja kadru, wykorzystane techniki i ich wpływ na odbiór wydarzeń. Moim zdaniem taka kompleksowa ocena jest wręcz konieczna! Zwróćcie uwagę, że historia opowiedziana w The Fib wcale nie musi dotyczyć kochanków. Oniryczna narracja obrazu zabiera dosłowność. Można uznać, że pokazane są obce sobie osoby w podobnie trudnym życiowym momencie. Mnie nie pomaga nawet tytuł utworu. Owe kłamstewko może odnosić się do złudzeń, jakie wytwarza klip. I tych wizualnych, i tych fabularnych. A co jest u Russa? Tekst piosenki nie pozostawia wątpliwości, że dziewczyna płacze przez faceta. Gdybyśmy brali pod uwagę samą historię a nie sposób jej zaprezentowania, można by uznać, że omawiane teledyski nie mają z sobą nic wspólnego.

Elementy twórcze, które zostały przejęte z The Fib do Losin Control to sekwencja scen oraz taki sam sposób przedstawienia pomysłu, polegającego na wytworzeniu w widzu swoistej iluzji. Polega ona na tym, że dziewczyna niby wjeżdża w chłopaka a tak naprawdę sama rozbija samochód o ścianę. Nie chodzi o to, że duet RYSY jako pierwszy skorzystał z efektu stroboskopu. Chodzi o to wykorzystanie go jako narzędzia do wydobycia pomysłu z głowy i zaprezentowania go widzowi. To nie jest taki banał, jak użycie padaczkogennych świateł w celu pokazania kogoś na imprezie w dyskotece albo oddania wrażenia urywającego się filmu pod wpływem środków różnych. Podkreślę, że nie chodzi o użytą technikę, ale o to, co i w jaki sposób nią wyrażono. Przejęto również kilkakrotnie kompozycję kadru. Ktoś może powiedzieć, że nie są one szczególnie wymyślne, ze względu na ograniczenia przestrzeni i elementów, ale właśnie dzięki temu można czytelnie przedstawić historię. Wykorzystano również podobną temperaturę barw. Kontrastowo zestawiono ciepłe tonacje przypisane scenom z mężczyzną, z chłodnymi odcieniami, gdy pojawia się kobieta.

Twórcy teledysku mogli opowiedzieć identyczną historię jak RYSY, ale prawo autorskie zabrania im opowiadać ją w ten sam sposób. W teledysku Russ pojawiają się dodatkowo wstawki „choreograficzne” i obcięto część historii. Tego typu działanie nie może być traktowane jako twórcze na tyle, by uznać, że tak naprawdę to Losin Control jest całkiem nowym utworem.

Jeśli sprawa trafi do sądu, ważne, by trafiła na odpowiedniego sędziego. Nie takiego, który rozstrzygnie spór na korzyść polskiego zespołu. Jeśli uzna, że ma powody, niech decyduje inaczej. Chodzi o takigo sędziego, któremu będzie się chciało wnikliwie obejrzeć oba klipy, i zastanowić jak wygląda proces twórczy w przypadku teledysków. Zbadać, jakie środki wyrażenia ma twórca. Pisarz ma wyrazy, muzyk ma nuty, malarz ma elementy graficzne. Naruszenia w tych dziedzinach jest o tyle łatwo oceniać, że prawie każdy coś kiedyś napisał, narysował czy skomponował. A co ma filmowiec? Często ma pecha, bo podmiotom stosującym prawo nie chce się wniknąć w proces twórczy i badać co tak naprawdę decyduje o oryginalności filmu. Jest szansa, że tym razem będzie inaczej. Jaki sędzia będzie kwestionował rozstrzygnięcie grona profesjonalistów, który już orzekli, że The Fib jest najbardziej oryginalną produkcją roku?!

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook