Co komu siedzi w głowie, czyli ochrona pomysłu na scenariusz

W animacji Inside Out (pl. W głowie się nie mieści), w głowie jedenastoletniej dziewczynki, siedzą różne emocje. Mają kolory, twarze i osobowości. Problem w tym, że zanim pokazał je Disney, były pomysłami mieszkającymi w głowie innej, starszej dziewczynki.

W głowie się nie mieści!

Ta dziewczyna nazywa się Denise Daniels i od ponad 40 lat zajmuje się rozwojem emocjonalnym dzieci. Jest uznaną specjalistką, była zaangażowana w pomoc najmłodszym ofiarom Huraganu Katrina, współpracowała z nauczycielami po strzelaninie w Columbine High School. Prowadziła terapie dla całych rodzin, które ucierpiały po atakach terrorystycznych na World Trade Center. Określa siebie mianem pierwszego parentingowego eksperta, zapraszanego do śniadaniowego pasma NBC od 1991 roku. Współpracuje z największymi nadawcami telewizyjnymi i  najbardziej znanymi tytułami prasowymi.

Daniels opracowała system, ułatwiający komunikację z dziećmi. Zamiast nazywać emocje, których często nie rozumieją, wskazywały na kolory, określające, jak czują się w danej chwili. Potem wymyśliła Nastrojki (The Moodsters), pięć antropomorficznych postaci, reprezentujących radość, smutek, złość, miłość i strach. Każdy ze stworków był określonego koloru. Cała koncepcja bazuje na inteligencji emocjonalnej. Nastrojki żyją w głębi tajemniczego, wewnętrznego świata każdego dziecka. Daniels zebrała grupę uczonych, założyła firmę The Moodsters i razem opracowali wizję Nastrojków, jako filmu dla najmłodszych.

Oto emocje Daniels po próbie współpracy z Disneyem:

 

 

 

 

 

 

Źródło: http://pixar.wikia.com/wiki/Sadness; http://pixar.wikia.com/wiki/Anger

Tak smutek i gniew widzą graficy Disneya, w produkcji Inside Out, na której producent zarobił mnóstwo pieniędzy. Animację chwalono za pomysłowość i innowacyjność. W czerwcu 2017 roku, The New York Times umieścił Inside Out na siódmej pozycji na liście najlepszych filmów XXI wieku (jeśli ktoś ma zamiar kierować się tą opinią szukając dobrego filmu na wnd, przypominam, że XXI wiek prawie dopiero się zaczął…).

Problem dla psychologa czy prawnika?

Daniels od 2005 roku prowadziła rozmowy z Disney Pixar, na temat animacji o Nastrojkach. Opowiadała o co chodzi, dlaczego to świetny pomysł na film dla dzieci, że ma badania, potwierdzające ważną rolę Nastrojków w komunikacji i rozwoju kilkulatków. Poznawała coraz to ważniejszych w studiu i coraz bliżej spokrewnionych z Waltem Disneyem, którym przekazywała swoje artykuły, opracowania i inne dokumenty. Nie podpisała z nikim żadnej umowy, bo działała w myśl dobrego obyczaju, że jeśli przedstawia się swój pomysł a ktoś z niego skorzysta, to po pierwsze należy powiedzieć innym czyje to a po drugie zadbać o jego wynagrodzenie.

Jakieś pomysły?! 

…na to, co zrobić, w być może nierzadkiej sytuacji, gdy ktoś pitchuje pomysł na scenariusz i to  jest ostatni moment, kiedy widzi producenta? Potem może za to napatrzeć się na film, zrealizowany na opracowanym przez siebie motywie.

  1. Trzeba inaczej podejść do sytuacji, kiedy producent i scenarzysta opracowują ten sam pomysł niezależnie od siebie. Nie było pitchingu, scenarzysta nie podsyłał swojej pracy. Po prostu tak się stało, że ktoś inny zrealizował film, oparty na koncepcji, która także zainteresowała scenarzystę. Tutaj nic nie warto robić, poza napisaniem nowego scenariusza albo sfilmowaniu tego istniejącego. Pomysły nie podlegają ochronie, nawet te najbardziej kreatywne, przełomowe, genialne, zaskakujące, futurystyczne. Te kiepskie zresztą też nie. Prawo nie daje zatem narzędzi, żeby zabraniać innym realizacji filmu według pomysłu, za który ktoś inny zabrał się trochę wcześniej. I całe szczęście! Każdy wymieni dobry i zły film o miłości, gangsterach. Stevie Jobsie. Gdyby pomysł był chroniony, moglibyśmy wymienić tylko po jednym;
  2. To, że pomysły nie są chronione nie oznacza, że wolno robić dziadostwo. To sytuacja, kiedy producent planuje sam zrealizować film a z drugą stroną spotyka się wyłącznie po to, żeby wyssać z niej to, co ma najlepsze. Przerzuć, wypluć i nie zamieścić nawet w napisach końcowych. I nie ważne, czy całość trwa kilka lat, czy kilka godzin. Uwaga! W Kodeksie cywilnym są przepisy, które mogą w takich sytuacjach pomóc. Ale tylko trochę  (art. 72 KC). Wynika z niego, że strona, która rozpoczęła lub prowadziła negocjacje z naruszeniem dobrych obyczajów, w szczególności bez zamiaru zawarcia umowy, jest obowiązana do naprawienia szkody, jaką druga strona poniosła przez to, że liczyła na zawarcie umowy. Problemów jest kilka. Po pierwsze, nie każde spotkanie z producentem odbywa się w celu zawarcia umowy. Zwłaszcza to pierwsze. Poza tym, ten przepis mówi o odszkodowaniu, które nie zagwarantuje udziału w sukcesie kasowym filmu. Można się na jego podstawie domagać np. zwrotu za benzynę, opiekunkę do dziecka i inne koszty, poniesione po to, żeby się stawić na spotkaniu, z którego nic nigdy nie miało wyniknąć.
  3. Jest inny, stosunkowo nowy przepis (art. 721KC). Jeżeli w toku negocjacji strona udostępniła informacje z zastrzeżeniem poufności, druga strona jest obowiązana do nieujawniania i nieprzekazywania ich innym osobom oraz do niewykorzystywania tych informacji dla własnych celów, chyba że strony uzgodniły inaczej. W przeciwnym razie ma naprawić szkodę i oddać to, co zyskała, wykorzystując informacje. Ten artykuł też się scenarzystom raczej nie przyda. Producent będzie wykazywał, że to, na czym zarobił, to nie są wykorzystanie informacje, ale utwór w postaci filmu. Poza tym bardzo często owe informacje są powszechnie dostępne, więc trudno mówić o ich poufności.
  4. Jaki z powyższego wniosek? Że nie ma przepisów, które mówią, że jak ktoś ukradnie scenarzyście koncepcję na film, to pożałuje. W związku z tym, scenarzysta musi zadbać o siebie sam. Musi jednak pamiętać, że nie ma legalnego sposobu, żeby zakazać emisji filmu, zrobionego na podstawie pomysłu ze scenariusza. Jedyne, co można zrobić, to zabezpieczyć swoje finanse. Oznacza to, że trzeba będzie ścierpieć, że nie miało się wpływu na realizację filmu i schować swoje ego do kieszeni. Może jednak mu tam być dość mięciutko, jeśli wypcha się ją banknotami. Przed przystąpieniem do pitchingu, nie wspominając już o tak zaawansowanej współpracy jak miało to miejsce przy Nastrojkach, należy podpisać z producentem umowę.
  5. Ma z niej jasno wynikać, co strony, producent i scenarzysta, uważają za poufne. Czasem będzie chodziło o informacje, np. o jakieś taniej, ale sprzedajnej aferze albo o historii z życia wziętej. Innym razem o koncepcję czy po prostu pomysł na animację dla dzieci, którym emocje siedzą w głowie i wyglądają w określony sposób. Trzeba bardzo dokładnie opisać, co scenarzysta uważa za istotne. To, co jego zdaniem przesądza o wyjątkowości scenariusza, formatu etc. Następnie należy ustalić, czego producent nie może robić, bez porozumienia ze scenarzystą. Zwykle będzie chodziło o powierzenie prac nad tekstem komuś innemu. Trzeba także rozważyć, jak długo ma trwać zobowiązanie producenta. Scenarzysta powinien się także spodziewać, że umowa zabroni mu kontaktować się z innymi producentami, w sprawie realizacji podobnego filmu. Takie klauzule zresztą widuję w umowach o stworzenie scenariusza, przygotowywanych przez prawników producentów. Na koniec należy ustalić, jaką kwotę powinien otrzymać scenarzysta, jeśli producent nie dotrzyma warunków kontraktu. Oczywiście przeliczy sobie, co mu się bardziej opłaca: wypłacić odszkodowanie czy zrezygnować z jakiegoś znanego nazwiska. I to w zasadzie jedyne, o co scenarzysta może zadbać na tym etapie. Czyli wówczas, gdy przychodzi nie ze scenariuszem, ale z pomyłem.

Jak wynika z moich rozmów ze scenarzystami, powyższy scenariusz w Polsce to coś pomiędzy fantastyką a powieścią romantyczną. Producent prędzej zaryzykuje przegapienie ciekawego pomysłu, niż podpisze powyższą umowę. Kto może zmienić taki stan rzeczy? Tylko zainteresowane środowisko. Scenarzyści zrzeszają się w różne stowarzyszenia i chyba jednak, mimo wszystko, są producentom do czegoś potrzebni. Ci w USA na pewno! Wystarczy wspomnieć strajk scenarzystów, przez który sezony moich ulubionych seriali, zostały pozbawione kilku odcinków. Pewnie z Polski Ameryki zrobić się nie da, nie oszukujmy się, z wielu polskich scenariuszy, mega produkcji na tamtejszym poziomie też nie. Ale o ile nad tą drugą kwestią niektórzy zdolni usilnie pracują, ta prawna leży odłogiem.

Czy Denise się zażółci?

Żółty reprezentuje kolor radości. Pozew przeciwko Disney Pixar został złożony w zeszły miesiącu, więc do finału daleko. Co ważne, żądania nie są oparte na prawie autorskim, to by była droga donikąd, ale naruszeniu umowy. Wspomniałam, że niczego nie podpisano, ale trudno uznać, że jeśli ktoś omawia powstanie filmu przez kilka lat, to są to wyłącznie towarzyskie pogaduszki. W skrócie, Denise chodzi o to, że nie wolno robić dziadostwa. Co więcej, swoją szkodę wyceniła na 75 000 USD. Jak na Stany, bardzo skromniutko, zwłaszcza, że  przychody z filmu Disney Pixar to 350 mln USD w kraju i 850 mln USD w skali globalnej.

Pominięcie Denise w napisach końcowych, chociażby w roli konsultanta merytorycznego, przypomina sprawę pewnej pani profesor i  programu Martyny Wojciechowskiej. Ta polska rozeszła się po Internecie i po kościach. Ciekawe w jakich kolorach zakończy się spór w sprawie Inside Out.

9 komentarzy

    1. I tak, i nie. Nie da wyłączności na pomysł, ale da dowód na to, że w określonej dacie, ktoś miał już opracowaną koncepcję. To może być pomocne, jeśli byłyby problemy z wykonaniem tej umowy o poufności, o której piszę w tekście. Np. jeśli producent by twierdził, że koncepcja powstała kiedy indziej, że miał ją już o kogoś innego etc.

    1. Zabezpiecza to chociaż datę pewną, ale nie wyklucza sporów co do autorstwa. A czy ktoś ma jakieś doświadczenia z rejestrem prowadzonym przez KIPA??

  1. A tematu co do autorstwa nie załatwia praca np. na takim Google Docs? Praca na dokumentach online, z codziennym, automatycznym backupem (historią poprzednich wersji – zawsze można się cofnąć do stanu dokumentu z dowolnego dnia) zapisywanym na serwerach Google, z całego okresu pracy (np. kilku miesięcy) nad scenariuszem powinna elegancko załatwić sprawę. Dodatkowo trzymanie wszystkich maili z załącznikami na skrzynce. Niby zawsze można powiedzieć, że ktoś misternie przez kilka miesięcy przepisywał po trochu dzień w dzień cudzy scenariusz, ale chyba są jakieś granice. 🙂

    1. Każdy dowód dobry, o ile przekona sąd 🙂 Problem polega na tym, że zwykle naruszenia prawa autorskiego są bardziej, nomen omen, kreatywne i nie polegają wyłącznie na wykorzystaniu egzemplarza scenariusza, który był wcześniej komuś pokazywany ani na kopiowaniu słowo w słowo. Przykładowo, w opisanym przypadku, nawet jeśli scenarzystka ma dowód, kiedy stworzyła scenariusz i że generalnie dawno temu, nie rozstrzyga to jeszcze kwestii, czy przy tworzeniu tego drugiego, doszło do naruszenia prawa. Także możliwość ustalenia daty nie jest czasem bez znaczenia, ale w większości sytuacji nie rozwiąże sprawy.

      1. Bardzo ciekawe – wychodzi trochę na to, że najlepszym zabezpieczeniem dla scenarzysty jest ciężka praca – jak napisze scenariusz w oparciu o głęboki research, gdzie każdy dialog jest przemyślanym wynikiem zgłębienia danego tematu i gdzie każda sekwencja ma uzasadnienie, to z jednej strony trudniej to ukraść (jak to zrobić, skoro tylko przemyślana całość scenariusza decyduje o jego jakości?), z drugiej traci to sens (po co to robić, skoro i tak trzeba będzie komuś zapłacić za „przepisanie” całości, najpewniej z gorszym wynikiem).

        Co innego jak wysyła się producentowi coś słabego, ale z kilkoma fajnymi pomysłami, pojedynczymi, fajnymi sekwencjami lub scenami. Wtedy dochodzimy do tego, że nie chodzi tylko o nieuczciwość ludzi, ale też to, czy ułatwiamy im dojście do wniosku co będzie dla nich bardziej opłacalne – „pożyczenie” kilku pojedynczych pomysłów czy kupno przeciętnej całości.

        1. A może przywiązuje się wciąż za dużą wagę do znaczenia pomysłów?? O ile w świecie innowacji, pomysł, często banalny, jest wszystkim, decyduje o miejscu na rynku i zdystansowaniu konkurencji, przynajmniej na jakiś czas, to w przypadku filmów, moim zdaniem, jest inaczej. To, że zobaczę jeden film, realizujący określony pomysł, nie oznacza, że nie pójdę na kolejny. W końcu wszystkie filmy z danego gatunku są o tym samym.

          To, co Pan opisuje, czyli kompletny scenariusz, to inna sprawa. Nie powinno być żadnej tolerancji, ani na płaszczyźnie prawnej, ani etycznej, na przywłaszczanie sobie konkretnie wyrażonych efektów cudzej pracy. Natomiast jeśli chodzi o przejęcie pomysłów i koncepcji…odkładając prawo na bok, myślę, że samemu przemysłowi filmowemu i twórcom, aż tak bardzo nie szkodzi. A na pewno nie eliminuje i nie hamuje dalszej twórczości.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook